szynka w puszce prl

Tuszonka wojskowa 300g 09.2024. Wojskowa konserwa wzorowana na legendarnych racjach żywnościowych Armii Czerwonej. Smaczny dodatek do smarowania pieczywa dla osób wystawionych na duży wysiłek fizyczny. Składnik także dzisiejszych polskich racji doceniany w turystyce i survivalu. brutto / szt. z 16 szt. karma uniwersalna. Liczba sztuk w zestawie. 1. 9, 20 zł. 18,19 zł z dostawą. Produkt: MIAMOR Feline Filets kurczak szynka w sosie 156 g. dostawa czw. 30 lis. Półksiężyce waniliowe to tradycyjne austriackie ciasteczka Vanillekipferl, które piecze się zazwyczaj na Boże Narodzenie. Przepis na waniliowe księżyce jest bardzo prosty. - ciastka z migdałami. - bez dodatku jajek i proszku do pieczenia. - bardzo dokładny opis oraz zdjęcia krok po kroku. Czas przygotowania: 10 minut. Zobacz Szynka w plastrach Primavera 100 g w najniższych cenach na Allegro.pl. Najwięcej ofert w jednym miejscu. Radość zakupów i 100% bezpieczeństwa dla każdej transakcji. Zobacz Szynka w plastrach BELL WĘDLINY 70 g w najniższych cenach na Allegro.pl. Najwięcej ofert w jednym miejscu. Radość zakupów i 100% bezpieczeństwa dla każdej transakcji. nonton alice in borderland season 1 idlix. W 1947 roku ogłoszono, że podczas Wielkanocy nie będzie strzelaniny. Wydano nawet specjalny komunikat w tej W okresie świątecznym zabrania się strzelaniny zarówno z broni palnej, jak i straszaków, petard oraz żabek sporządzonych z kalichloricum oraz innych materiałów wybuchowych - pisano w komunikacie. - Składom aptecznym, drogeriom i innym sklepom zabrania się sprzedaży chloranu potasu i wszelkich substancji o właściwościach wybuchowych.„Dziennik Łódzki” pisał, że przed świętami zdrożały artykuły spożywcze i wielki ruch panował w sklepach z materiałami piśmienniczymi, które odwiedzano, by kupić świąteczne kartki. - W niektórych nawet ich zabrakło - informowali dziennikarze. - Ale wystarczyło wejść do pierwszej lepszej cukierni, gdzie kilkoro małych przekupniów oferuje gościom kupno kart świątecznych, oczywiście po wyższej cenie. W Wielki Piątek w kościołach nie odprawia się mszy, a przed kościołami sprzedawano korony cierniowe, wodę święconą i widłaki do przybrania stołu i wyjazdyJuż w Wielki Piątek łodzianie odwiedzali kościoły, by obejrzeć Groby Pańskie. Na przykład w kościele garnizonowym przy Placu Wolności grób Chrystusa urządzono pod okopami, w których czuwał polski żołnierz. - Z boku widnieją trzy krzyże: Symbol Męki Pańskiej i symbol męki narodu polskiego w czasie okupacji hitlerowskiej - pisał „Dziennik Łódzki”. - Przed tym grobem straż pełni wojsko, straż i żołnierze. W kościele Serca Jezusowego, świątyni akademickiej czuwają harcerze i studenci. Tu grób został urządzony bardzo skromnie, ale ta prostota też ma swoja wymowę. Postać Chrystusa leży wśród kwiatów pod trzema czarnymi, dębowymi krzyżami. Najbardziej zbliżony do prawdziwego jest Grób w kościele św. Krzyża. Nad grotą z białego marmuru oświetlone delikatnie światłem chylą się wysokie 1947 roku rezurekcja odprawiana w kościele garnizonowym była transmitowana przez polskie radio. I słuchano jej także w Stanach Zjednoczonych... Były to jedne z ostatnich takich opisów Wielkanocy jakie miały miejsce w łódzkich gazetach do 1956 r. W okresie stalinizmu nie wspominano o kościelnych świętach. Ale potem się to zmieniło. W 1959 roku pisano, że przed Wielkanocą sensację wywołał ślub pary, która w sumie miała 170 lat! On - 87, a ona - 83. Informowano, że na wystawach sklepów pojawiały się baranki, zajączki, jajeczka, symbol świąt wielkanocnych. Łodzianki chętnie odwiedzały też „Dom Gospodyni” przy ul. Piotrkowskiej 55. Miały kupować plastykowe naczynia, a więc maselniczki, koszyczki na pieczywo. Kupowały też komplety garnków aluminiowych, brytfanny do ciast i uniwersalne szybkowary. Pisano, że 200 łodzian na święta pojechało do Strzelaniny świątecznej było mniej niż zazwyczaj - pisał „Dziennik Łódzki”. - Jednak i tym razem nie obyło się bez wypadków. Podczas rezurekcji w kościele przy ul. Łąkowej 20-letni Marian Matysiak zamieszkały przy ul. Rybnej strzelał na wiwat. W pewnej chwili po eksplozji „brukowiec” uderzył go w głowę powodując pęknięcie czaszki. Matusiaka odwieziono do szpitala przy ul. Żeromskiego. Tego samego dnia na ul. Nowotki, w okolicach kościoła św. Teresy nieznany mężczyzna strzelał z petard wskutek w głowę i ramię został ranny 10-letni Andrzej Grabowski. W drugi dzień świąt miarę przebrał Józef Zimny zamieszkały na Nowy Złotnie, który oblał z kubła kobietę niosącą niemowlę na ręku. Za taki niesmaczny kawał został zatrzymany przez 1964 roku wielu łodzian wyjechało na święta do rodzin o czym miał świadczyć wzmożony ruch na dworcach autobusowych i kolejowych. Pogotowie odnotowało 500 zgłoszeń, z których 20 proc. dotyczyło dolegliwości żołądkowych. Natomiast 45 osób, w tym trzy kobiety, spędziły święta w Izbie Wytrzeźwień. W 1966 roku łodzianie spędzili na ogół święta spokojnie i kulturalnie. MO interweniowało tylko w 50 Były to przeważnie nieporozumienia w prywatnych mieszkaniach - informował „Dziennik Łódzki”. - Spory towarzysko rodzinne rozwiązywano przy świątecznej wódce. Święta Wielkanocne to najlepszy czas do zawierania małżeństw. W łódzkich USC udzielono ślubu ponad 600 parom. Większość „młodych panien” wystąpiła w białych sukienkach, przeważnie z koronki, do tego krótki welon i wiązanka. Zdarzały się też garsonki, przeważnie z białej elany lub w pastelowych 1970 roku Wielkanoc upłynęła w Łodzi w zadymce śnieżnej. Reporterzy „Dziennika Łódzkiego” dziwili się, że w dziewiątym i dziesiątym dniu kalendarzowej wiosny była zimowa Zabrakło nam chemicznych środków do walki z śniegiem - informował dyżurny MPO. - Nikt nie spodziewał się, że będą potrzebne jeszcze w końcu marca. Z soboty na niedziele po mieście kursowało 18 pługopiaskarek! W drugi dzień świąt na trasy wylotowe, Rokicińską, Zakładową, Brzezińską wyjechały pługi odgarniające zasypujący jezdnię 1974 roku meldowano, że łódzki handel jest przygotowany do świąt wielkanocnych. Jak zapewniała kierowniczka sklepu przy ul. Piotrkowskiej 93, że nie brakowało szynki konserwowej, mniej było szynki bez kości, którą najchętniej kupują Dobre jest też zaopatrzenie w mięso, zwłaszcza mrożone - dodawała kierowniczka sklepu. - Nie powinno zabraknąć białej Łodzi miały też dotrzeć dostawy fińskiego pieczywa cukierniczego, a także polskie wyroby czekoladowe. Czekano na transport pomarańczy. Tłoczno było na rynkach, gdzie łodzianie kupowali wierzbowe bazie. Zachęcano też mieszkańców Łodzi, by święta spędzali na świeżym powietrzu, bo miała dopisać pogoda. Między innymi do odwiedzenia Ośrodka na Chojnach, jak nazywano Stawy Jana czy ośrodek w Parku im. 1 Maja, czyli Stawy Stefańskiego. Wodą napełnione były też stawy w Arturówku, a w drugi dzień świąt miała być otwarta wypożyczalnia kajaków. W święta ślub wzięło 120 par. W łódzkich urzędach odbyło się także uroczyste nadanie 1976 roku Wielkanoc przywitała łodzian niemal letnią pogodą. Temperatura przekraczała 20 stopni Celsjusza. Reporterzy „Dziennika Łódzkiego” zauważyli, że w świąteczne dni Łódź W przedświątecznym tygodniu pociągami i autobusami do krewnych i przyjaciół wyjechało około 150 tysięcy łodzian - wyjaśniano. - A co najmniej kilkadziesiąt tysięcy wyjechało swoimi samochodami. Mieszkańcy Łodzi spędzili święta przy suto zastawionym stole, o czym mogą poświadczyć pracownicy pogotowia ratunkowego, którzy w kilkudziesięciu przypadkach musieli udzielać pomocy w przypadkach spowodowanych niepohamowanym łakomstwem. Udzielono też około 200 ślubów i na każdym kroku w mieście widziano samochodowe orszaki weselne. Poniedziałkowy ranek upłynął pod znakiem śmigusowej tradycji. Prym wiodła młodzież, która nie traciła żadnej okazji, by oblać pasażerów tramwajów czy autobusów. Na niektórych ulicach wodę lano z okien wieżowców. Przed świętami przedstawiciele Wydziału Handlu zapewniali, że łódzkie sklepy są bardzo dobrze zaopatrzone w drób, jajka, warzywa, nabiał, a także ryb, ogórków i kiszonej kapusty. Otrzymały też dodatkowe dostawy rodzynek, migdałów i wyrobów czekoladowych. Opóźniły się jednak transporty pomarańczy. Niedobory były w dostawach śledzi, konserw rybnych, żelatyny i 1979 roku Wielkanoc znów minęła spokojnie. Jak zapewniał dyżurny Komendy Miejskiej Milicji nawet tradycyjny śmigus - dyngus był kulturalny. Łódzcy strażacy musieli kilka razy interweniować. Między innymi paliła się kołdra przy ul. Kopcińskiego i mięso w garnku przy ul. Kossaka. Dopisała pogoda, która sprzyjała spacerom. Tłoczno było w parkach i A ci, którzy zostali w domu nie mogli narzekać na atrakcyjny program w radiu i telewizji! - pisał „Dziennik Łódzki”.Przed Wielkanocą w 1981 r. przygotowywano się do wprowadzenia kartek na W naszych zakładach wszystko jest zapięte na ostatni guzik! - mówił Józef Andrzejewski, dyrektor Okręgowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Mięsnego. - Polędwicę, baleron, szynkę konserwową, kiełbasę krakowską parzoną i mielone klienci będą otrzymywać plastrowane w 100 gramowych porcjach. Opakowań mamy pod dostatkiem. Martwi nas za to znaczny spadek skupu mięsa w ostatnich dniach. Zamiast 4 tysiąca sztuk trzody chlewnej skupujemy 2 tysiące. Zamiast 400 sztuk bydła - kartki żywność Polacy zaczęli kupować od 1 kwietnia 1981 r. Reporterzy „Dziennika Łódzkiego” ruszyli więc na rajd po sklepach mięsnych w W znacznej części sklepów formowały się kolejki ludzi pragnących zarejestrować kart zaopatrzeniowych - relacjonowali reporterzy „Dziennika Łódzkiego”. - Przy okazji nie obyło się bez scysji. W niektórych sklepach dzienny limit możliwości obsłużenia konsumentów już się w stanie wojennymPierwsza Wielkanoc stanu wojennego przypadła 11 i 12 kwietnia. Informowano, że dla wszystkich kobiet pracujących w gospodarce uspołecznionej będą miały wolną Wielką Sobotę. Ożywiony ruch panował w łódzkich Największe kolejki obserwujemy przy stoiskach z alkoholem, herbatą, śmietaną, a także tam gdzie można kupić owoce cytrusowe - pisał „Dziennik Łódzki”. - Przed świętami w łódzkich sklepach znalazło się 35 tys. litrów win gronowych, a ma być dostarczonych kolejnych 7 tys. Zmalały za to zapasy herbaty w łódzkich hurtowniach, bo trafiły do sklepów. Zawieziono tam 147,5 tony. Ale, że od dłuższego czasu brakowało w nich herbaty, to błyskawicznie została wykupiona. Niemniej w piątek i sobotę do łódzkich sklepów trafi jeszcze 30 ton herbaty. Również w tych dniach rozwiezione zostaną resztki kubańskich i tureckich pomarańczy - około 15 ton, a także 10 ton cytryn. Skończyły się za to rodzynki, których sprzedano 35,5 też, że przed świętami nie zabraknie chleba. Świąteczne wędzonki można było kupić na kartki. Na głowę przypadało 300 gram. - Niektóre sklepy odmawiały przyjmowania tych delikatesowych wędlin - informował „Dziennik Łódzki”. - Do bałuckich sklepów dostarczono 35 ton tych wędzonek, a sprzedano tylko 15. Łódzki sztab żywnościowy zastanawiał się jak rozwiązać ten problem. Po wielu naradach ustalono, że decyzję w tej sprawie podejmie zarząd „Społem”, który na bieżąco ma monitorować sprzedaż w sklepach zgodnie z tym co pisała łódzka prasa, Wielkanoc przebiegła spokojnie. Tyle, że łodzianie źle zinterpretowali telewizyjną wypowiedź wiceprezydenta miasta, że w Wielki Piątek zniesiona zostanie limitowana sprzedaż, jak to określono szlachetnych wędlin. A stało się to dopiero w sobotę. Był jeszcze jeden problem związany z zaopatrzeniem, bo do Łodzi nie dotarły zapowiadane dostawy cytrusów i herbaty. Podkreślano, że w święta wiele pracy miały łódzkie Urzędy Stanu Cywilnego. Tylko na Polesiu udzielono ich Nietypową atrakcją był podwójny ślub - pisał „Dziennik Łódzki”. - Związek małżeński zawierało jednocześnie dwóch braci - Stefan i Sławomir Bartosowie. Ślubu udzielały mu trzy osoby, co nadało temu wydarzeniu jeszcze bardziej uroczysty tamtą Wielkanoc nie dopisała pogoda. Świeciło słońce, ale zaraz po tym w mieście była śnieżna zawierucha. Było więc wietrznie i 1984 roku Wielkanoc wypadła 22 kwietnia i tym razem pogoda dopisała. Termometry wskazywały nawet 25 stopni Celsjusza. - Rozgrzaną atmosferę łagodziły dość skutecznie tłumy zwolenników tradycji „lanego poniedziałku” - zauważał „Dziennik Łódzki”. - W zależności od wieku posługiwano się bardzo różnymi naczyniami. Małe dzieci korzystały z tradycyjnych śmigusówek, ale dorastająca młodzież wolała garnki, rondle, a nawet wiaderka. Zwyczaj zwyczaje, ale zupełnie co innego gdy ktoś z rodziny poleje nas odrobiną dobrych perfum, a gdy ktoś nagle wyleje nam na ulicy na głowę kubeł zimnej wody. Właśnie w poniedziałek większość zgłoszeń do oficera dyżurnego milicji dotyczyła wyrostków, którzy fundowali łodzianom takie atrakcje. Ożywiony ruch panował na łódzkich dworcach. Na przykład w Wielki Czwartek na Dworcu Fabrycznym sprzedano 11 tysięcy biletów, a na Dworcu Kaliskim - 9 tysięcy. Zatłoczone były pociągi dalekobieżne jadące w kierunku Warszawy, Gdańska, Wrocławia i Gliwic. Z kompletami pasażerów odjeżdżały też autobusy PKS. - Nasilenie ruchu pasażerskiego nastąpiło w piątek - pisał „Dziennik Łódzki”. - Niełatwo było znaleźć miejsce w pośpiesznym pociągu „Podlasie” do Terespola czy do Zakopanego, który ciągnął dodatkowo dwa wagony do Krynicy, a także w osobowych do Jeleniej Góry i Wielkanocy 1987 roku informowano, że w Wielki Piątek łodzianie pobili rekord jeśli chodzi o zużycie wody - 396 tysięcy metrów W związku z tym mieszkańcy Stoków narzekali na niskie ciśnienie wody w kranach - informował „Dziennik Łódzki”. - A mieszkańcy zgierskich Proboszczewic narzekali na brak gazu. Tłumaczono, że to skutki powszechnego gotowania, pieczenia i smażenia. Natomiast w święta strażacy interweniowali aż 42 razy, na szczęście nie były to groźne przypadki. Na nadmiar klientów nie narzekała Izba w 1989 roku na pierwszej stronie „Dziennika Łódzkiego” pisano o uroczystościach Wielkiego Tygodnia w Watykanie. Jednocześnie były to wesołe święta dla mieszkańca Dąbrowy, który bezbłędnie wytypował wyniki trzynastu meczów ligi angielskiej i wygrał ponad 44 mln zł. Informowano też, że już za kilkadziesiąt dni zniknie cenzura. Ostatnia Wielkanoc PRL-u upłynęła w Łodzi spokojnie. - Nawet silny wiatr nie spowodował tym razem poważnych szkód - informował „Dziennik Łódzki”. - Inżynierowi województwa zgłoszono tylko „wywrotkę” płotu przy ul. 22 lipca w Łodzi. Energetycy zanotowali wprawdzie kilka awarii, ale usuwano je na bieżąco. Również strażacy nie musieli się przepracowywać, choć w sobotę i niedzielę było kilka drobnych „Dziennika Łódzkiego” zauważali, że Wielkanoc w 1989 roku łodzianie spędzali głównie w domach, przy bardziej lub mniej suto zastawionych stołach. - Zdaje się, że na niektórych podstawową potrawą była wódka - zauważał lekarz dyżurny łódzkiego pogotowia. - „Alkoholowych” wezwań było trzy razy więcej niż zwykle. Kiedyś dolegliwości spowodowane spożycie nadmiernej ilości trunków nie były tak poważne jak teraz. Widać wyroby monopolu spirytusowego są coraz gorsze...Choć wiele osób piło w Wielkanoc, to w łódzkiej Izbie Wytrzeźwień nie było tłoku. W pierwszy dzień świąt przywieziono tam zaledwie 10 osób, a w wielkanocny poniedziałek - dwóch mężczyzn i kobietę. - Ale w wielkanocny poniedziałek w niektórych rejonach miasta odbywały się polowania - pisał „Dziennik Łódzki”. - Na Retkini kilkudziesięcioosobowe watahy młodzieńców z wiadrami polowało na świątecznie ubranych przechodniów. Milicja przyjmowała też skargi na dyngusowe ekscesy przed niektórymi kościołami, gdzie grupy wyrostków atakowały wiernych przy pomocy wszelkich dostępnych naczyń z zimną wodą... 1. Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce – ile ma kalorii i składników odżywczych? Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce w 100 gramach posiada wartość energetyczną 167 kcal. Zobacz film: "Jak ograniczyć węglowodany w diecie?" W produkcie znajduje się wiele składników odżywczych, w tym: 20,9 g białka, 0,49 g węglowodanów, 0 g cukrów, 0 g błonnika. Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce ma w 100 g 8,43 g tłuszczów, w tym: 2,81 g tłuszczów nasyconych, 4,06 g tłuszczów jednonienasyconych, 0,90 g tłuszczów wielonienasyconych. W produkcie jest 41,0 mg cholesterolu. 2. Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce – jakie ma witaminy? Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce to produkt zawierający 0 mg witaminy C, 0 µg RAE witaminy A, 0,25 mg witaminy E, 30,0 witaminy D oraz 0 µg witaminy K. Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce zawiera również witaminy z grupy B: 0,96 mg witaminy B1, 0,25 mg witaminy B2, 5,03 mg witaminy B3, 81,8 mg witaminy B4, 0,63 mg witaminy B5, 0,40 mg witaminy B6, 5,00 µg witaminy B9, 0,83 µg witaminy B12. 3. Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce – jakie ma mikroelementy i makroelementy? Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce ma w sobie: 7,00 mg wapnia, 1,07 mg żelaza, 20,0 mg magnezu, 221 mg fosforu, 351 mg potasu. Ponadto w produkcie znajduje się 1,068 mg sodu, 2,32 mg cynku, 0,08 mg miedzi, 0,03 mg manganu i 26,6 µg selenu. 4. Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce - kalorie i wartości odżywcze Kalorie i wartości odżywcze Zawartośćw 100 g Zawartośćw 140 g (1 szklanka) Wartość energetyczna 167 kcal 234 kcal Białko 20,9 g 29,3 g Węglowodany 0,49 g 0,69 g Cukier 0 g 0 g Błonnik 0 g 0 g Tłuszcz 8,43 g 11,80 g Tłuszcze nasycone 2,81 g 3,93 g Tłuszcze jednonienasycone 4,06 g 5,68 g Tłuszcze wielonienasycone 0,90 g 1,26 g Cholesterol 41,0 mg 57,4 mg Witamina C 0 mg 0 mg Pieczona peklowana szynka wieprzowa w puszce (Flickr) polecamy Wyniki znalezione na szynka w puszce "Suwalska" "Szynka delikatesowa" Pachnie i smakuje jak jedzenie dla psów w puszce Dlatego zapytałem mojego psa co o tym myśli, powiedział że pedigriee jest lepsze. Dyskusja na tematy różne napisane 04 08 2010 14:10 Odpowiedzi: 19 Wyświetlenia: 7934 "Bogaty albo biedny" anegdota o kobiecie, która gotując szynkę odcina jej oba końce. Zdziwiony mąż pyta, dlaczego to robi. "Tak moja mama gotowała szynkę", mówi żona. Akurat tego dnia jej mama miała przyjść... więc pytają ją, dlaczego odcinała oba końce szynki... Humor - dowcipy i śmieszne filmiki napisane 18 01 2006 19:14 Odpowiedzi: 161 Wyświetlenia: 243970 Poczytaj może coś C się spodoba: Dyskusja na tematy różne napisane 09 03 2010 23:33 Odpowiedzi: 19 Wyświetlenia: 8103 Ciekawostka o piwieCiekawostka ze świata nauki:Ostatnie badania naukowe ujawniły, że piwo zawiera żeńskie hormony. Eksperyment przeprowadzono na reprezentatywnej grupie 100 mężczyzn. Aby sprawdzić, czy rzeczywiście piwo zawiera żeńskie hormony, każdy z nich dostał 11 litrowych butelek celem wprowadzenia ich zawartości do organizmu, czas badania wynosił ok. 3 godzin. Oto wyniki eksperymentu:- u... Humor - dowcipy i śmieszne filmiki napisane 26 07 2008 01:50 Odpowiedzi: 8 Wyświetlenia: 9249 wytłumaczę tak :Jesteś właścicielem jeziora, jezioro ma tamę na tamie jest elektrownia wodna, możesz wejść na tamę i możesz korzystać z energii z elektrowni, możesz łowić jest ci dostępna w połowie wolno ci spuścić wodę z jeziora ale tylko do pewnego poziomu tak aby elektrownia nie przestała pracować. Gdy spuścisz wodę z jeziora możesz oczyścić brzeg oraz część dna jeziora, to... Windows 7 napisane 16 04 2011 10:13 Odpowiedzi: 20 Wyświetlenia: 11776 Jak będziecie siedzieć tylko na forum zamiast się uczyć, to poszerzycie poniższą listę. 1. A było ich tysiące, a nawet Adler gromadzil pieniądze, ponieważ chciał wyjechać z synem w podroż dookoła świata,albo gdzieś Aleksander Głowacki to panieńskie nazwisko Bolesława Andromaka była wdową, jakiej wielu mężów mogłoby sobie Andrzej Radek myślał, ze nauczyciel... Humor - dowcipy i śmieszne filmiki napisane 02 05 2010 15:26 Odpowiedzi: 5 Wyświetlenia: 6368 Poniżej zamieszczony tekst jest autorstwa Gryfa 144, który podaje swoją interpretację biblijnego tekstu - Apokalipsę św. Jana, wykazując na jej podstawie negatywną rolę Watykanu. (Cytaty biblijne pochodzą z tzw. "Biblii Gdańskiej" ). BESTIA Z APOKLIPSYBy moje wypowiedzi nie były gołosłowne w poniższym tekście wykażę, że Bóg wskazuje na bluźnierstwo... Paranormalne napisane 30 03 2008 11:50 Odpowiedzi: 0 Wyświetlenia: 13910 >Droga Matulu, Drogi Tatku!>>Dobrze mi tu. Mam nadzieję, że Wy, wujek Józek, ciotka Lusia, wujek>Antoś, ciotka Hela, wujek Franek, ciotka Basia, wujek Rysiek oraz>Heniek, Stefan, Garbaty Bronek, Mańcia, Rózia, Kachna, Stefa,>Wandzia ze swoim Zenkiem i mój Zdzisiek też zdrowi.>Powiedzcie wszystkim, że to całe wojsko to super sprawa. Nasze>Rokicice Górne się nie... Humor - dowcipy i śmieszne filmiki napisane 10 01 2008 20:50 Odpowiedzi: 6 Wyświetlenia: 2612 Witam!Mam taki problem związany z odtwarzaniem od pewnego czasu próbuje go rozwiązać ale jestem już odtwarzam muzykę z internetu nic nie puszczam ze strony to działa z innych puszczam gry z internetu z muzyką również jej nie że to... Archiwum napisane 06 01 2008 14:16 Odpowiedzi: 1 Wyświetlenia: 640 witam wszystkich... Po3ebuje porady i sugestii co byscie zrobili na moim miejscu. Właśnie jestem w trakcie otwierania kawiarenki internetowej. Kawiarenke odkupiłem od gościa, który wyjeżdza do Anglii i sie chciał tego pozbyc. Pyt. 1!! Jaki wybrac internet?? co proponujecie?? (mieszkam w Zamościu). Oczywiście chodzi o to,zeby nie był to zbyt duży koszt bo 3eba sie liczyc z... Dyskusja na tematy różne napisane 20 01 2007 06:50 Odpowiedzi: 3 Wyświetlenia: 1639 Głośniki kiedy je się podłączy czasami nie działają,kiedy je odłączam normalnie leci muzyka. Na pewno nie mam ich wyciszonych. Bywały takie sytuacje, że kiedy miałam je podłączone i działały, a potem kiedy je na chwile odłączyłam to już nie działały. Teraz kiedy je podłączyłam to filmik na yt się nie puszcza albo wyskakuje informacja, że wystąpił błąd. A... Problemy sprzętowe napisane 14 02 2016 22:19 Odpowiedzi: 0 Wyświetlenia: 1254 tylko, ze tak do konca tego wyeliminowac sie nie da.. dlaczego? bo samo mięso nie przetworzone tez jest "przerabiane" ^^ jak nie świnie na chemii to szprycowanie je by szybciej sie tuczyły, oszustwa mięsne typu stare ląduje ponownie w pasztety, kiełbasy, szynki itp... Dyskusja na tematy różne napisane 29 09 2013 18:41 Odpowiedzi: 7 Wyświetlenia: 2763 Jak myślisz co jest na zdjęciu? Shake, czy może lody z McDonalds? Nic z tego..Źródło papka to nic innego jak mięso oddzielone mechanicznie od kurczaka tzw. MOM. Tak właściwie to nie mięso, ale zmiksowane wszystkie części od kurczaka, w tym mniejsze kości, oczy, skóra, mięśnie, ścięgna etc. Z takiego materiału powstają między innymi serwowane w McDonalds nuggatsy, które... Dyskusja na tematy różne napisane 12 10 2012 13:55 Odpowiedzi: 16 Wyświetlenia: 9712 Czyli można to odinstalować/wyrzucić? Skoro zabiera mi łącze to nie jest mi nie wiem, czy to się da odinstalować. Najlepiej jest, przy instalacji różnych programów, zwracać uwagę, czy przypadkiem nie proponują na doinstalowanie niepotrzebnego programu, przy okazji instalacji potrzebnego taka zasada: kup Pan szynkę, a cegłę... Bezpieczeństwo (wirusy i trojany) napisane 20 11 2011 11:10 Odpowiedzi: 14 Wyświetlenia: 4570 Któż z nas nie pamięta pierwszej pary jeansów zakupionej za bony w Pewexie i emocji, które towarzyszyły transakcjom u tzw. cinkciarzy? Sklep, który wabił nas zapachem drogich perfum, kolorowymi reklamami i towarem znanym jedynie z zagranicznych filmów był w czasach PRL-u synonimem luksusu. Podobnie jak jego pracownice, które miały dostęp do najlepszych produktów i podejrzewano, że pensje dostają w walucie. Jest ślub – będzie wódka Pierwszy punkt konsygnacyjny Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego powstał w 1972 roku w Raciborzu przy Rynku 10. Ze względu na niewielki lokal, który zajmował, mówiło się często, że to kiosk Pewexu. Kiedy w 1978 roku trafiła do niego Renata Wawersig, miała już spore doświadczenie w handlu pracując w drogerii, a później przez 20 lat w Veritasie. – Podlegaliśmy pod Przedsiębiorstwo Turystyki i Wypoczynku w Opolu oddział Racibórz, którego biura znajdowały się po drugiej stronie rynku, nad dzisiejszą lodziarnią, a naszym kierownikiem był Józef Kastelik. Sklep był rzeczywiście niewielki, ale za to utarg ogromny. W ciągu tygodnia potrafiliśmy sprzedać 450 skrzynek polskiej wódki, którą przywoziliśmy z Bielska-Białej. Choć otwieraliśmy o to kolejka ustawiała się już od rano – wspomina pani Renata i tłumaczy, że jeżeli klient przyniósł zaświadczenie z Urzędu Miasta, że będzie się żenić, mógł kupić nawet 50 butelek wódki. Inaczej zakupy były ograniczane, co miało ukrócić nielegalny handel alkoholem. W sklepie, oprócz Renaty Wawersig pracowała też Anna Kastelik oraz Teresa Zembata, która była kasjerką. Obie ekspedientki musiały więc obsługiwać klientów, jeździć po towar i przygotowywać codzienne raporty ze sprzedaży. Rozładowanie 450 skrzynek z wódką albo 500 paczek kawy było dla pań zawsze sporym wyzwaniem. Do tego dochodził stres związany z odpowiedzialnością materialną. – Pracowałam razem z Anią 13 lat i nigdy nie miałyśmy nawet grosika manka. Gdyby nam przeliczyli dolary na złotówki, to w razie jakiejkolwiek niezgodności, nigdy byśmy się nie wypłaciły – tłumaczy pani Wawersig. Klienci spoglądali jednak na ekspedientki Pewexu zazdrosnym okiem, bo przez cały dzień obracały się w luksusach, o jakich przeciętny Polak mógł tylko pomarzyć. – Mieliśmy francuskie koniaki, niemiecką bieliznę, amerykańskie jeansy, angielskie szetlandy i wspaniałe kosmetyki. Ale żeby dostać dobry towar, trzeba było wyjeżdżać do hurtowni Pewexu w Zabrzu albo Będzinie o rano, bo tam przyjeżdżały samochody z całego Śląska i każdy chciał być pierwszy. Mieliśmy też drugi punkt Pewexu, który otwarty został na zamku przy przejściu granicznym w Chałupkach – wyjaśnia pani Renata, która po likwidacji placówki, jeszcze przez sześć miesięcy pracowała w Pewexie przy ul. Opawskiej. Ślimaki wchodzą bez popicia Wkrótce po otwarciu Pewexu przy rynku, w 1972 roku powstała druga placówka przy ul. Długiej (naprzeciwko byłej „Desy”), która podlegała WSS Społem. Jego kierowniczką była Teresa Czyżewska, oprócz niej pracowały tam Barbara Wieder, Anna Pietras, Katarzyna Rybak, Krystyna Kalisz oraz dwoje kasjerów: Bogdan Urgacz i pani Wiesława. – Walutą obowiązującą w naszych sklepach były dolary, marki oraz bony towarowe. Otrzymywały je osoby, które dostawały przekazy pieniężne z Europy Zachodniej albo USA. Najczęściej to były renty i emerytury – tłumaczy Anna Pietras. Wśród deficytowych towarów z Polski największym powodzeniem cieszył się alkohol. – Najlepiej schodziła wódka Żytnia, Żubrówka, Krupnik, Gold Waser i Advokat. Zagraniczne alkohole kupowali głównie obcokrajowcy na prezenty. Pamiętam, że jeden dolar kosztował w tamtych latach 72 złote i można było za niego dostać butelkę wódki – wspomina pani Ania. I choć było to nielegalne, tak jak inni, kupowała u koników walutę, a za nią różne luksusowe towary, np. cytrusy, czekoladowe mikołajki czy szynkę w puszce. – System był taki, że jedna koleżanka stała na czatach, a druga szła do cinkciarza wymienić walutę. Oni zawsze stali przed sklepem, albo kręcili się w pobliżu – wyjaśnia pani Pietras. Absolutną jak na tamte czasy nowością były dostępne tylko w Pewexach peruki. – Zakładało się je do pracy, a po powrocie do domu kładło na wazon, żeby na następny dzień równie dobrze wyglądały. Moja miała krótkie, kasztanowe włosy i była jedną z niewielu rzeczy, które zostały uwiecznione na zdjęciach – wspomina pani Pietras i dodaje, że to właśnie w Pewexie przy ul. Długiej pierwszy raz w życiu miała okazję spróbować ślimaków. – Jedna maleńka puszka kosztowała wtedy 45 centów, a my się nią podziliłyśmy we cztery, bo każda z nas chciała sama sprawdzić czym się ci Francuzi tak zachwycają – dodaje. Większość pracownic Pewexów mówiło biegle po niemiecku. – Dla tych, które nie znały języka, organizowano bezpłatny kurs w Katowicach. Po jego ukończeniu dziewczyny dostawały trochę wyższą pensję – wyjaśnia Anna Pietras. W grudniu 1973 roku, zaledwie po roku jego funkcjonowania, sklep z ul. Długiej przeniesiono na parter nowo wybudowanego bloku przy ul. Ogrodowej (w miejsce gdzie dziś znajduje się apteka). Ze starego personelu trafiła tu też Anna Pietras, która w nowym miejscu pracowała jeszcze dwa lata, Katarzyna Rybak, ale już w roli kasjerki, Krystyna Kalisz i Barbara Wieder. Placówką kierował Stanisław Kukulski. W 1981 roku przy ul. Długiej, ale po jej nieparzystej stronie, powstał następny Pewex, który również podlegał Społem. Jego kierowniczką była Danuta Kasztan. – Sklep nie był zbyt duży. Mieliśmy tylko dwa stoiska: spożywcze i odzieżowe. Na tym pierwszym największą popularnością cieszył się oczywiście alkohol, ze sprzedażą którego nie musieliśmy czekać do bo sklep otwieraliśmy o Nowością było piwo w puszkach, których się nigdy nie wyrzucało, hiszpański poncz Jerezano, kupowany najczęściej na święta, duńska Kijafa i papierosy, które w innych sklepach były na kartki. Pamiętam Lordy, Dunhile, Gitanes i Marlboro setki, które kupowałam po 70 centów – wspomina Danuta Kasztan. Sklep przy ul. Długiej powstał tuż po jej przebudowie, w nowoczesnym ciągu, gdzie znajdowały się najbardziej prestiżowe placówki w naszym mieście: BWA, Dom Mody Elegancja czy Desa. Nic więc dziwnego, że założono w nim alarm. – Na szybach, gdzie było logo sklepu, znajdowały się czujniki alarmu, ale więcej z nim było problemów niż pożytku, bo ciągle się włączał – wyjaśnia pani Danuta i dodaje, że w ciągu dziesięciu lat istnienia Pewexu przy ul. Długiej, nie było żadnego włamania. – Kierownictwo doceniało naszą pracę organizując nam szkolenia, prezentacje nowych produktów i spotkania integracyjne. Pamiętam jedno z nich, które odbywało się w Hotelu „Warszawa”. Najpierw były występy Manna i Materny, a potem wystawny obiad z alkoholem. Szefowie większych sklepów mieli też możliwość wyjazdów zagranicznych – tłumaczy pani Kasztan, która w czasach kryzysu mogła liczyć na inne koleżanki z Długiej. – Naprzeciwko naszego Pewexu był sklep mięsny, a dalej ze szkłem. Myśmy sobie wzajemnie pomagały odkładając jakieś towary, bo jak się pracowało w handlu do wieczora, to czasu na zakupy zawsze brakowało. W kryzysie mogłyśmy na siebie zawsze liczyć – podsumowuje była kierowniczka Pewexu, który przetrwał do 1991 roku. 20 lat luksusu Pewex przy ul. Ogrodowej utrzymał się dwadzieścia lat, dlatego wielu raciborzanom właśnie to miejsce kojarzy się nieodłącznie z luksusowymi towarami za waluty. Nowy, większy lokal, który miał 200 mkw., pozwolił na rozszerzenie asortymentu. – Oprócz artykułów spożywczych, papierosów i alkoholu, mieliśmy materiały, kosmetyki, zabawki, ubrania oraz sprzęt AGD i RTV – tłumaczy Krystyna Kalisz i dodaje, że jak na warunki PRL-u, ekspedientki pracujące w Pewexie bardzo dobrze zarabiały. – Miałyśmy spore premie i częste wyjazdy do Katowic na pokazy nowych produktów. Przedstawiciele Jacobsa, Bourgois, Maxa Factora czy Yardleya prezentowali nam swoje nowości, a potem zabierali na uroczysty obiad. W sklepie otaczały nas piękne rzeczy, które mogłyśmy do woli przymierzać i nieraz zdarzyło nam się zaszaleć. Kiedyś kupiłam wystrzałową sukienkę za 29 dolarów, ale mój mąż nigdy nie dowiedział się ile kosztowała – wspomina ze śmiechem pani Krystyna, a Anna Pietras dodaje, że jej koleżanka z działu metrażu, Lena Pancek, w jeden dzień kupowała materiał, a w drugi przychodziła w uszytej z niego kurtce. Od 1976 roku sklep podlegał pod oddział Pewexu Katowice. W ciągu 20 lat istnienia placówki przewinęło się przez nią sporo ekspedientek. Pracowały tu: Anna Pietras, Anna Kastelik (przeszła z Pewexu przy Rynku), Krystyna Kalisz, Róża Jeż, Lena Piechaczek (potem Pancek), Lidia Cyranek, Marianna Kilowska, Eugenia Szyra, Bożena Dąbrowska, Krystyna Mikołajec, Maria Przeklasa, Sabina Sadło, Sylwia Mizioch, Rozalia Sklorz (od 1981 roku jako zastępca Stanisława Kukulskiego), Stanisława Kwiecień, Halina Adamczyk, Maria Cembruch, Lidia Dapa i Ewa Zając. Oprócz pracownic Pewexu, były też zatrudniane przez bank kasjerki: Jadwiga Zakrzewska i Stanisława (znana jako Katarzyna) Rybak, Jolanta Kulig (Sawicka), Lidia Miech i Iwona Rębisz. – Do pracy w sklepie przy Ogrodowej trafiłam w 1973 roku, zaraz po szkole handlowej. Wszyscy mi zazdrościli, bo myśleli, że pensję będę dostawać w dewizach – mówi ze śmiechem Rozalia Sklorz. Na stoisku z materiałami królowały modne wtedy grempliny, dzianiny, indyjskie jedwabie i sztuczne lisy. W późniejszych latach robiło się często w Pewexie przerzuty towarów niezbywalnych, które można było kupić za złotówki w sklepach Społem. Ubrania, które ze względu na kolor, albo cenę nie znajdowały nabywców, otrzymywał „Junior” przy ul. Opawskiej, a tkaniny sklep tekstylny przy placu Wolności. Częstymi klientkami Pewexów były wdowy, które straciły na wojnie mężów i dostawały z Niemiec odszkodowania. – Przychodziły do kasy z przekazem i wybierały u nas talony, za które kupowały najczęściej Buerlecithin, Biovital, Amol i różnego typu herbatki ziołowe, które nie były wtedy dostępne w naszych aptekach – tłumaczy pani Rozalia. Największe gabarytowo produkty, czyli pralki, lodówki czy czeskie skutery Jawa trzymano w magazynach Społem pod „Willanową” na Płoni. Trafiały tam też dywany, produkowane w Kietrzu, Łodzi i Kowarach, przechowywane również w piwnicach sklepu spożywczego przy Odrzańskiej. Zakupy za złotówki Ponieważ placówka przy ul. Ogrodowej nie mogła już pomieścić rozrastającego się stoiska AGD i RTV, w 1990 roku Pewex powiększył swoje zasoby o duży, piętrowy sklep przy ul. Opawskiej (dziś stoi w tym miejscu Galeria „Srebrna”). W tym samym roku Stanisława Kukulskiego, który odszedł na emeryturę zastąpiła Krystyna Kalisz. – Cała przemysłówka została przeniesiona na Opawską, gdzie zajęliśmy pierwsze piętro, a na parterze zrobiono samoobsługowy sklep z artykułami spożywczymi, którym kierowała Jadwiga Siwiec i Gienia Zielińska. Kierownikiem całego Pewexu był Józef Rybicki, były prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Nowoczesna” – wspomina Rozalia Sklorz, kierownik piętra (jej zastepcą była Lidia Cyranek). Ogromny budynek Pewexu robił wrażenie nie tylko na raciborzanach, ale i przyjezdnych, którzy zachwycali się mnogością i różnorodnością stoisk oraz pięknymi dekoracjami. – Na górze po jednej stronie mieliśmy zabawki, gdzie pracowała Elżbieta Biała i Karina Wojtaszek, stoisko z tekstyliami i odzieżą, które prowadziły Sylwia Mizioch, Sabina Sadło i Elżbieta Wołoszyn. Na samym środku znajdowała się wyspa z kosmetykami, gdzie były Eugenia Szyra i Karina Raciborska, a po przeciwległej stronie AGD, na którym pracowała Ewa Marszałek i Beata Chodorowska, RTV, które prowadził Krzysztof Smajdor, Danuta Fros i Karina Adamicka i stoisko motoryzacyjne, które obsługiwali Artur Kos i Sabina Popławska. Nowością były uczennice, które miały praktyki na parterze – wyjaśnia pani Sklorz. Hitem lat 90. były walkmany, matchboxy i lalki Barbie, do których w Pewexie można było dokupić zestawy ubrań, mebli czy nawet całe domy. Wktótce te towary zaczęły też trafiać do powstających jak grzyby po deszczu firm prywatnych, których asortyment, często sprowadzany z zagranicy, zalewał miasto. Pewex przy Rynku utrzymał się 19 lat. Zamknięto go w 1991 roku. Dwa lata dłużej funkcjonował sklep przy ul. Ogrodowej, który zlikwidowano w 1993 roku, a ten przy Opawskiej dotrwał do 1997 roku. – W lipcu była powódź, a my dostałyśmy wypowiedzenia. Nie było to dla nikogo zaskoczeniem, bo od dawna nie sprowadzano już towaru a ten, który został, przerzucano na inne sklepy. Już od kilku lat można było u nas robić zakupy za złotówki, a wokół otwierało się mnóstwo innych sklepów z takim samym asortymentem. Nie byliśmy już ani jedyni, ani wyjątkowi – podsumowuje Rozalia Sklorz i dodaje, że pracownice Pewexu spotykają się do tej pory i wspominają czasy, kiedy Pewexy były symbolem luksusu, a one miały okazję trochę tego luksusu posmakować. Katarzyna Gruchot Hanna Zembrzuska i Jan Kobuszewski byli małżeństwem przez 63 lata. Czy znali receptę na szczęśliwy związek? „Nie ma sprawdzonej recepty, nam po prostu się udało” - powtarzała w wywiadach Hanna Zembrzuska. Gdy Jan Kobuszewski w jednym z wywiadów został zapytany: „Pan to musi bardzo kochać żonę”, odparł krótko: „Muszę”. O ich miłości na całe życie pisze Hanna Faryna-Paszkiewicz w książce "Kobusz. Jan Kobuszewski z drugiej strony sceny". Przedstawimy fragment książki, która ukazuje się teraz w Wydawnictwie MANDO. Hanna i Jan Kobuszewscy: jest jedna, jedyna…miłość Zaraz po dyplomie w życiu Jana Kobuszewskiego zaszła ważna zmiana. Zmiana na całe życie. Gdy tylko otrzymał pierwszy teatralny angaż, a tym samym zapowiedź bodaj namiastki finansowej samodzielności, w październiku 1956 roku stanęli przed ołtarzem z Hanną Zembrzuską, właściwie Hanią, takie bowiem imię zapisano w jej dokumentach. Jej mama, rodowita Bułgarka, przeczytała kiedyś Hanię Henryka Sienkiewicza. Nie wiedziała, że imię to ma w polskim języku inną, bardziej oficjalną formę. Hania była więc koleżanką ze Szkoły Teatralnej, śliczną dziewczyną o wielkim wdzięku i talencie. Studiowała rok niżej. Przyjęto ją, pod warunkiem że uwolni się od śpiewnego, bałkańskiego akcentu, że poprawi polszczyznę. Wspomina, że koledzy tłumnie ją adorowali, ale tylko Janek szedł z pomocą. Otoczył nieco zagubioną koleżankę opieką, partnerując jej w próbach do szkolnych zadań i poprawiając wymowę. Był to jego starannie ukrywany koncept. Okoliczności pierwszego spotkania nie były romantyczne, żadnego coup de foudre ani strzał amora. Ona, spytana, jak się poznali, czy na zajęciach, czy w towarzystwie, odpowiedziała, że… na korytarzu. On pamiętał, że zobaczył ją w Szkole, samą, siedzącą pod schodami. Gdzieś wspomniał, że była to kolejka do szkolnej poradni zawodowej. Nie było więc scen balkonowych, tylko banalne schody lub korytarz. Od dnia ślubu dane im było przeżyć razem sześćdziesiąt trzy lata, przedtem znali się ponad dwa. Nieraz byli pytani o receptę na tyle lat dobrego pożycia. I o to pierwsze spotkanie. Przecież powinno być magiczne. Nadzieję na niezwykłą odpowiedź rozwiewa ten sam do dziś widok szkolnego korytarza w gmachu przy Miodowej i zwykłych schodów. Dodajmy więc spacery po zajęciach uliczkami Starego Miasta, ślimakiem ulicy Karowej albo wino u Fukiera - to były pierwsze wspólne chwile. Hanna Zembrzuska miała problemy z akcentem z prostej przyczyny (…). Jej mama Paulina, dla rodziny Pola, z domu Beneva, była Bułgarką, rozmawiała więc z dziećmi w swoim języku. Mieszkali w Sofii. Ojciec Władysław Zembrzuski, Polak, zajęty był pracą w dyplomacji. Nie miał czasu na przekazanie polszczyzny dzieciom. Wspominała [Hanna – przyp. red.]: „Nie znałam dobrze języka polskiego, komisja przyjęła mnie na studia, pod warunkiem że opanuję mowę ojczystą, i to bez akcentu”. Piękna blondynka miała rzesze wielbicieli. „Janek był z nich najsprytniejszy, udawał, że jest tylko kolegą, pomagał w nauce, a potem powiedział, że mnie kocha. Ja też się w nim zakochałam. Przez następne dwa lata byliśmy parą”. Gdy ostatecznie Jan wygrał rywalizację o jej względy i był pewien wzajemnego uczucia, postanowił się oświadczyć. „Odwaliłem się w garnitur, kupiłem kwiaty, które wręczyłem przyszłej teściowej, dygnąłem grzecznie i… usiadłem. No i tak rozmawiamy sobie, rozmawiamy, a ja nie wiem, jak zacząć. Godzinę siedzę i nic. W końcu mój przyszły teść mówi: «Janek, ty zdaje się chciałeś o coś nas poprosić». «Tak, o rękę Hani», wyjąkałem z ulgą”. Hanna Faryna-Paszkiewicz "Kobusz. Jan Kobuszewski z drugiej strony sceny" Cywilny ślub państwa Kobuszewskich miał miejsce 7 października 1956 roku o godzinie 10, potem o 17 był ślub kościelny w akademickim kościele św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu. (…) Ksiądz, który udzielał sakramentu ślubu, wraz z życzeniami powiedział, że składali przysięgę, jakby byli po… szkole teatralnej. Zapewne dykcja i intonacja, ale także postawa, „mowa ciała”, zdradzały świeżo zdobyty zawód młodej pary. (…) Zawodowe drogi Hanny Zembrzuskiej i Jana Kobuszewskiego często prowadziły przez te same sceny, ale rzadko obsadzano ich w tych samych przedstawieniach. Zagrali na przykład razem w „Przygodach króla Artura” Sigrid Undset w Teatrze Telewizji (1960), w reżyserii Andrzeja Boguckiego, dwa lata później w Narodowym w „Zemście” (ona - Klarę, on - Papkina), a potem w sztuce Rittnera „Człowiek z budki suflera” (ona - Ewelinę Corelli, on - Kudeliusa), i w „Uczniu diabła” Shawa. (…) Po dyplomie Hanna Zembrzuska zagrała tytułową „Syrenę warszawską” w reżyserii Tadeusza Makarczyńskiego według noweli Stanisława Dygata. Potem, w 1958 roku, rolę pocztowej telegrafistki Irki w filmie „Wolne miasto” Stanisława Różewicza. Film opowiadał o przygotowaniach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej i tajnej misji Konrada Guderskiego (w tej roli Stanisław Jasiukiewicz). Telegrafistka Irka miała narzeczonego, marynarza Janka (grał go Jan Machulski). Niestety, dziewczyna ginie w ostrzeliwanym budynku gdańskiej Poczty Polskiej. Film nieraz pokazywano w telewizji w okolicach 1 września. Był traumatycznym obrazem dla córki państwa Kobuszewskich. „Chodź, zobacz, mamusię ci zastrzelili”, Maryna na zawsze zapamiętała tę scenę i czyjś bardzo niemądry komentarz, gdy wołano ją, by zobaczyła swoją bardzo młodą mamę na ekranie telewizora. (…) Śledząc ich równoległe zawodowe kariery, trudno nie zauważyć, że przez dziesięć pierwszych lat małżeństwa to Hanna przeżywała zawodowe spełnienie. Jan, jak sam wspominał, bywał „panem Zembrzuskim”. Z czasem grał więcej i tak już zostało. „Moje pierwsze honorarium oddałem żonie na prowadzenie domu. To było w 1956 roku. Kwota było bardzo mała. Wynosiła 904 złotych «na rękę» co stanowiło równowartość bodaj ośmiu dolarów”, wspominał ówczesne realia. Bywał zazdrosny o żonę. Kiedyś za saskokępskich czasów Hanna długo nie wracała do domu. Janek przemierzał balkon na piętrze. Wreszcie zauważył, że żona idzie, ale nie sama, tylko z… Andrzejem Łapickim. Zdaniem Jana zbyt czule i zbyt długo żegnali się przy furtce. Nie wytrzymał. Zjechał po rynnie i po prostu przegonił pana Andrzeja. Ona tłumaczyła, że to taki ładny chłopak, więc długo rozmawiali. Hanna Faryna-Paszkiewicz "Kobusz. Jan Kobuszewski z drugiej strony sceny" Wydawnictwo MANDO, Kraków 2021 Początkom jej zawodowej kariery towarzyszyły liczne fotosy, wywiady, zdjęcia na okładkach czasopism. Dzięki temu już w odległych latach pięćdziesiątych PRL-u artystyczne małżeństwo p. Kobuszewskich zyskało popularność. Jednak najpierw Hanna, potem Jan. Szły za tym nieśmiałe próby prasowej reklamy i podglądania życia prywatnego. Niby przyłapani na zakupach (eksportowa szynka w puszce w rękach Hanny), w drodze na sylwestra, w gabinecie luster wesołego miasteczka czy w domowych pieleszach. Gdy na świat przyszła ich córka Marianna, „Express Wieczorny” informował o tym fakcie na pierwszej stronie. Byli znani, lubiani, popularni. Czasem dla żartu, ale i z miłości do żony Jan wykorzystywał swoją rozpoznawalność. Na przykład: „Odwiedziliśmy kiedyś przyjaciół na Bielanach. Mieszkaliśmy na Mokotowie i Hania uparła się, że nie będziemy wracać do domu taksówką. Uznała, że jest zbyt droga, tym bardziej w nocy, i ona pojedzie do domu, owszem, ale tylko autobusem. Cóż było robić? Wyszedłem, złapałem autobus, który zjeżdżał do zajezdni, dałem kierowcy stówkę i podjechaliśmy razem pod okno. Wszedłem do domu przyjaciół i oświadczyłem: Haniu, jest już autobus. Ona na to zdziwiona: Gdzie? – A tu, pod oknem stoi”. Z upływem lat coraz częściej pytano ich, jak spędzić w harmonii tyle lat. Czy istnieje recepta na udany, długotrwały związek? „Hania uważa, że prócz miłości ważna jest tolerancja i cierpliwość. Przeżyliśmy razem wiele pięknych chwil i szybko przekonaliśmy się, że jesteśmy jak papużki nierozłączki. Kiedy jednemu coś dolega, drugie staje się nie do życia. Stąd właśnie byliśmy i jesteśmy dla siebie wielkim wsparciem, zwłaszcza w trudnych chwilach, takich jak choroba”, mówił Jan w 2018 roku. Hanna Zembrzuska kiedyś dodała: „Nigdy nie miałam wątpliwości, że wiążąc się z dryblasem z głową w chmurach, zrobiłam najlepszą rzecz w życiu”. Czy więc znali receptę na szczęśliwy związek? „Nie ma sprawdzonej recepty, nam po prostu się udało”, powtarzała w wywiadach Hanna Zembrzuska, a Jan dodawał: „Dobrze jest też mieć dzieci. Dzieci godzą. A potem dobrze jest mieć wnuki - bo to wielka frajda bez żadnej odpowiedzialności”. Hanna Zembrzuska mówiła, że w małżeńskim układzie była zwolenniczką kompromisów. Matka wpoiła jej nadto pewną zasadę: jeśli coś nas poróżniło w ciągu dnia, nie położę się spać niepogodzona z mężem. Medal za długotrwałe, pięćdziesięcioletnie pożycie otrzymali z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2006 roku. Także z tej okazji, razem z zespołem Teatru Kwadrat wzięli udział we mszy świętej na Jasnej Górze. W jednym z wywiadów z tej okazji na stwierdzenie „Pan to musi bardzo kochać żonę”, Jan Kobuszewski odpowiedział krótko: „Muszę”. Albo dla żartu, wychodząc naprzeciw niestworzonym plotkom, przedstawiał Hannę: „Moja pierwsza żona”. Ona natomiast pytana o ich związek wyznała poważnie: „Janek jest w moim życiu niezbędny”.

szynka w puszce prl